stycznia 11, 2026

Suma Kobiet - początek

Suma Kobiet - początek

 

Kobiece biznesy i kobiece inicjatywy bardzo rzadko rodzą się z czystej kalkulacji. Częściej powstają z pasji i marzeń, z potrzeby niezależności. Z chęci zrobienia czegoś "po swojemu", ale też – paradoksalnie – coraz lepiej, coraz więcej, coraz mądrzej. Kobiety funkcjonują dziś w świecie wysokich oczekiwań: mają być profesjonalne, zaangażowane, elastyczne, empatyczne. Mają rozwijać kompetencje, dbać o relacje, budować stabilność i jednocześnie nie tracić równowagi między pracą a życiem prywatnym.

W tej codziennej układance najtrudniejszym przeciwnikiem często są nie tylko warunki zewnętrzne, ale też własne wymagania. Ciągłe podnoszenie poprzeczki, porównywanie się, potrzeba uznania i dowodu, że "wystarczamy". Kobiece biznesy to więc nie tylko strategie, projekty i liczby. To także emocje, odpowiedzialność, zmęczenie i ogromna determinacja. To historie kobiet, które uczą się stawiać granice, ufać sobie i redefiniować pojęcie sukcesu - na własnych zasadach.

Gabrysia

Jedną z takich kobiet jest Gabrysia.  Gabrysia jest kosmetologiem, linergistką i specjalistką SMP. Od lat pracuje z kobietami i mężczyznami, którzy zmagają się z łysieniem lub przerzedzeniami włosów. 

Co mówi o swojej pracy: "Mikropigmentacja skóry głowy to dla mnie coś znacznie więcej niż zabieg – to moment, w którym wraca pewność siebie, lekkość i uśmiech.

Widzę, jak po zabiegach zmienia się nie tylko wygląd, ale też sposób patrzenia na siebie. Moi klienci częściej wychodzą do ludzi, umawiają się na spotkania i randki, czują się młodziej, swobodniej, odważniej. I to jest w tej pracy najpiękniejsze.

Makijaż permanentny brwi wykonuję z ogromnym szacunkiem do naturalnych rysów twarzy. Ma podkreślać urodę, a nie ją przykrywać. Nie wierzę w „upiększanie na siłę” ani w modne, przerysowane efekty. Po prawie 17 latach doświadczenia mówię temu stanowcze STOP.

Na każdym etapie możesz liczyć na moje wsparcie, rozmowę i uważność. Budując swoją markę, zawsze stawiam na empatię, zaufanie i relację – bo bez nich nie potrafię pracować."

Suma Kobiet - początek

Gabrysia poprosiła mnie o zrobienie zdjęć. Zdjęcia robiłam kiedyś, dawno temu*... Teraz czułam, że zdjęcia biznesowe to nie mój poziom, moje umiejętności i dobre chęci mogą być niewystarczające. Gabrysia jednak z uporem namawiała: "zróbmy to - spróbuj!".

Jej prośba poruszyła trybiki w maszynie, ponieważ zainspirowana tą prośbą postanowiłam ubrać to, co już miałam w głowie i w planach w konkretną propozycję: daję to, co wiem i to, co potrafię!

"Suma Kobiet" to moja propozycja dla Kobiet, które potrzebują drugiego człowieka. Bo czasem sama obecność, możliwość szczerej, otwartej rozmowy bez oceniania jest ważna. Często kobiety w pojedynkę startują ze swoim biznesem. Szukają pomocy na grupach na facebooku: "doradźcie księgową", "czym się różni prowadzenie DG od fundacji?", "szukam dziewczyny, która ze mną poprowadzi biznes". Te i inne zpytania przewijają się na kobiecych grupach. 

Nie jestem specjaliską. Nie wiem też wszystkiego. Ale mam doświadczenie. I wiem, gdzie szukać, gdzie się zgłosić, kogo pytać. Do tego mam sporo wiedzy zdobytej z wrodzonej ciekawości i nieco zdolności kreatywnych. I uwierz cie, bo przekonałam się o tym nawet w ostatnim roku pracując na etacie, że naprawdę w wielu dziedzinach mogę Wam podpowiedzieć co i jak ;)

Wsparcie za wsparcie

Co chciałabym w zamian? Wsparcia z Waszej strony. W ramach projektu "Suma Kobiet" proszę tylko o drobne gesty: udostępnienie wpisu dalej, zostawienie komentarza lub polubienia, krótką opinię w Google. Rzeczy małe, zajmujące chwilę. Wiem, że jesteśmy zajęte, zabiegane, rozproszone między obowiązkami. Ale wierzę, że możemy zrobić to dla siebie nawzajem. Bez presji - z uważności i solidarności. Bo kobiece wsparcie naprawdę się liczy.



*więcej o tym możesz przeczytać na Blogu Tyci Kraft

stycznia 05, 2026

Podaj dalej — pomóż nam, by świat się o nas dowiedział

Podaj dalej — pomóż nam, by świat się o nas dowiedział

W świecie internetu widoczność to dziś… sztuka! Współpraca z wyszukiwarką to trochę jak szukanie igły w stogu siana. A za każdym razem, kiedy wrzucamy nowy post, publikujemy zdjęcie czy dzielimy się historią, rozpoczyna się cicha walka o uwagę i to nie z widzami, a z algorytmami, które mają swoje własne gusta i kaprysy 😅.

Dlaczego prosimy Cię o opinie, polubienia i komentarze? 

Bo owszem, prosimy! Często we wpisach na socialach. W mailach po zakupie w naszym sklepie. I to nie dlatego, że lubimy statystyki (choć kto ich nie lubi 😉), ale dlatego właśnie, że współczesne algorytmy sociali i wyszukiwarek są coraz bardziej wymagające i wybredne. Dziś to już nie tylko liczba fanów czy obserwujących decyduje o tym, czy ktoś nas zobaczy. Liczy się zaangażowanie, czyli to, jak bardzo realni ludzie reagują na to, co tworzymy. Komentarze, polubienia, udostępnienia i opinie to dla algorytmów sygnał, że treść jest wartościowa i godna pokazania również innym.

Do tego dochodzi coraz bardziej „inteligentne” pozycjonowanie w Google. Najnowsze aktualizacje algorytmów wyszukiwarki premiują treści, które są autentyczne, niepowtarzalne i budzą zainteresowanie, czyli mają opinie, komentarze, 'kliknięcia' w linki.

Niewiele z tego rozumiecie? Nie przejmujcie się - ja też coraz mniej rozumiem wymagania wielmożnych algorytmów. Wiem jedno: gdy zostawiasz komentarz, polubienie, komentarz czy opinię na Google, Facebooku, Instagramie pomagasz nam być bardziej widocznymi. I to działa!

Twoje małe „klik, klik” ma wielką moc.

Wystarczy kilka chwil, by napisać opinię na Google czy komentarz pod wpisem. Wystarczy jeden klik, by polubić nasze wpisy, a dwa by udostępnić ;)

To działa trochę jak ciepłe słowo: przyjemne dla nas i sygnał dla sieci, że jesteśmy wiarygodni, wartościowi i — przede wszystkim — jesteśmy TU dla realnych ludzi. 💛

Dziękujemy, że jesteś częścią naszej społeczności i za każde kliknięcie „lubię to”, komentarz czy opinię. Każde z nich to krok dalej, by świat dowiedział się o tym, co robimy z pasją i sercem.

Podaj dalej! 😉

grudnia 29, 2025

Nietrafiony prezent? To nie problem!

Nietrafiony prezent? To nie problem!


Nietrafione prezenty to coś, co zna chyba każdy z nas — niezależnie od tego, czy chodzi o urodziny, Święta, imieniny czy inną okazję. Z wiekiem zmieniają nam się potrzeby, a w dzisiejszych czasach, kiedy dostępne jest wszystko, wszędzie, zawsze coraz trudniej kupić coś, co naprawdę się przyda lub sprawi radość. Dla niektórych kupowanie prezentów potrafi być zwyczajnie stresujące i często kończy się… kolejną rzecz niekoniecznie potrzebną. 

Badania z USA pokazują, że problem nietrafionych prezentów ma też wymiar ekonomiczny: w 2024 roku ponad połowa Amerykanów miała otrzymać co najmniej jeden prezent, którego nie chciała, co przekłada się łącznie na ok. 10,1 miliarda dolarów wydanych na nietrafione upominki. 

Takie dane wskazują, że mimo dobrej intencji darczyńców, wciąż wiele prezentów nie odpowiada realnym potrzebom odbiorców — czy to dlatego, że wybieramy zbyt uniwersalne rzeczy, czy po prostu nie znamy dobrze preferencji drugiej osoby?

Niezaleznie od tego wszystkiego nietrafione prezenty mogą stać się problemem nie tylko dla osoby obdarowanej, ale i dla całej planety.

Co się dzieje z niechcianymi prezentami?

Gdy prezent nie trafia w gust lub potrzeby obdarowanego, często trafia w jedną z kilku „kategorii losu”. Jeśli mamy paragon albo dany sklep na to pozwala - czasem udaje się prezent oddać lub wymienić na coś innego. 

Dużo częściej jednak nietrafione prezenty lądują gdzieś na dnie szafy, w piwnicy albo na półce: bo szkoda wyrzucić i "może kiedyś...", choć w praktyce często o nich poprostu zapominamy.

Równie często - niestety - nietrafiony prezent trafia do kontenera na śmieci. A przecież to, co dla nas zbędne - komuś innemu może sprawić ogromną radość.

Co zatem zrobić z nietrafionymi prezentami?

Nietrafiony prezent to nie koniec świata, a często szansa na parę groszy w portfelu, pomoc innym, dobry gest.

Mamy wiele portali i grup w mediach społecznościowych, które dają możliwość sprzedaży ubrań, dodatków, gadżetów i wielu innych rzeczy. To, co nie zgrało się z nami - może akurat jest upragnionym przedmiotem dla kogoś innego.

Jeśli nie masz cierpliwości i czasu na sprzedaż, wysyłanie paczek, odpisywanie na wiadomości - możesz zwyczajnie podać dalej! I tu już możliwości jest wiele. Może ktoś z rodziny lub wsród znajomych będzie chciał przyjąc Twoje nietrafione prezenty? Wiele miast ma lokalne społeczności online, gdzie można nie tylko oddać, ale i naprawdę znaleźć dom dla rzeczy, które dla nas nie mają wartości, ale dla kogoś innego mogą być cenne.

I jest też możliwość, którą my polecamy szczególnie: możesz oddać nietrafione prezenty do sklepu charytatywnego (sprawdź), domu dziecka lub organizacji społecznej. Dzięki temu rzeczy nie trafiają do śmieci, a realnie pomagają komuś, kto ich potrzebuje.

Nietrafiony prezent może wywołać chwilowe rozczarowanie. Ale to przecież nie powód, żeby wypełniać nim kontenery na śmieci. Zamiast tego warto spojrzeć na takie upominki jak na potencjalną wartość dla kogoś innego: coś, co dla nas jest niepotrzebne, może dla drugiej osoby stać się źródłem radości lub realną pomocą!



grudnia 15, 2025

Zanim gwiazdka na niebie...

Zanim gwiazdka na niebie...

Zanim na dobre rozgościły się u nas choinki, lampki i błyszczące bombki (najczęsciej z kolorowego plastiku), czas zimowego przesilenia miał zupełnie inny wymiar. Dla dawnych Słowian był to moment szczególny, graniczny. Czas, w którym kończył się jeden cykl, a zaczynał kolejny. Ciemność powoli ustępowała światłu, a ludzie – jak potrafili – starali się temu światłu pomóc.

Domy wypełniały się symbolami, które miały przynieść ochronę, obfitość i spokój. Wiele z nich tworzono własnymi rękami, z tego, co było pod ręką: z lasu, pola, spiżarni.

Jednym z najważniejszych elementów były naturalne ozdoby. Gałązki świerku, jodły czy sosny nie trafiały do domów przypadkiem. Zieleń symbolizowała życie trwające mimo zimy. Wieszano je nad drzwiami, przy belkach, czasem splatano w proste wiązki. Do tego słoma – pozostałość po żniwach. Ze słomek tworzono gwiazdki i pająki. I może nie były idealne, ale były prawdziwe, stworzone z sercem.

Suszone jabłka, orzechy, ziarna zbóż, mak, len – wszystko miało swoje znaczenie. Jabłko oznaczało zdrowie, orzech – mądrość i siłę, ziarno – dostatek. Ozdoby często nie były tylko „ładne”. Były intencją.

Co ważne – robiło się je razem. Wspólne wyplatanie, nawlekanie, wiązanie było częścią przygotowań do świąt, tak samo ważną jak gotowanie czy porządki. Ręce pracowały, a rozmowy same się toczyły. W ten sposób dom napełniał się nie tylko dekoracjami, ale i uważnością.

Dziś coraz częściej wracamy do tych gestów. Może nie z potrzeby symbolicznej ochrony przed złymi mocami, ale z tęsknoty za prostotą. Za czymś, co nie powstaje w fabryce, tylko w ciszy, z naturalnych materiałów, z uważnością i sercem.

Ręcznie robione ozdoby świąteczne niosą w sobie pamięć dawnych zwyczajów – nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Są jak mały most między tym, co było, a tym, co jest. I może właśnie dlatego tak dobrze czują się w naszych domach.

Bo czasem, żeby poczuć święta, nie potrzeba więcej. Wystarczy kawałek sznurka, gałązka, chwila skupienia – i opowieść, która trwa dłużej niż jeden sezon.

listopada 19, 2025

Błędne koło wniosków

Błędne koło wniosków

 

Pisząc ostatnio kolejne wnioski o dofinansowanie działalności Fundacji, doszłam do wniosku, że proces ten w zadziwiający sposób przypomina… rekrutację do pracy. Wymagane: minimum kilka lat doświadczenia, w tym przypadku najlepiej w realizacji dokładnie takich projektów, o jakie dopiero teraz się ubiegamy. Oczywiście doświadczenia nie posiadamy, bo jak nietrudno zgadnąć, nikt nie daje szansy tym, którzy tego doświadczenia jeszcze nie zdążyli zdobyć.

Od organizacji oczekuje się dowodów kompetencji w wydatkowaniu środków, czyli prezentacji wcześniej zrealizowanych i rozliczonych projektów. Problem w tym, że żeby mieć te projekty — trzeba najpierw dostać dofinansowanie. Błędne koło, z którego trudno wyjść bez odrobiny szczęscia i sporo determinacji, a czasem... znajomości.

Wielokrotnie wymagane jest też zaplecze finansowe, choć z definicji fundacje nie istnieją po to, by zarabiać, lecz by działać społecznie. Wymagane są zasoby rzeczowe i ludzkie, ale nie można ich traktować jako wkładu własnego, bo ten musi być, rzecz jasna, finansowy. Logika? Odpowiedzcie sami.

Mimo to próbujemy. I z czym się mierzymy dalej?

Formy formularzy

Kolejny wniosek kolejny formularz składający się z 10 bloków, a w każdym z nich kilka, a czasem nawet kilkanaście pytań. Mam nieodparte wrażenie, że formularze te zaprojektowano jako test cierpliwości: "może się wkurzą i porzucą". Z jednej strony opisujesz to samo, tylko trochę inaczej po kilka razy. Kolejne punkty wyglądają podobnie, lecz wymagają nieco innego kąta podejścia. Z drugiej strony: ograniczenia znaków - oceniający muszą przecież to wszystko potem przeczytać. Może zatem przestać pytać o cel, szczegółowy cel, cele pośrednie, cele dodatkowe projektu...?

Są też inne formularze, które mają być konkretne: tylko krótkie hasła, zwięzłe odpowiedzi. Ale wtedy często ginie sedno. Gdzie miejsce na pasję, kreatywność? Gdzie pokazać, że efekt projektu to nie liczba godzin warsztatów, ale realna zmiana i inspiracja? 

W literaturze naukowej coraz częściej zwraca się uwagę, że w systemie pisania wniosków i recenzowania może chodzić tylko o formę zamiast o treści. W skrócie: mimo najlepszych intencji, formularze grantowe bywają archaiczne lub ograniczające. Wymagają od nas, byśmy mówili w języku „wskaźników i tabel”, zamiast w języku pomysłu, serca i działania.

Język giętki

A skoro już o języku mowa, to dodajmy, że wnioski pisze się bezosobowo. Piszemy w końcu w imieniu organizacji, a nie nas samych. Nie ma znaczenia, że organizacja, którą prowadzicie to całe Wasze życie. Nie ma znaczenia, że Podopieczni, Wolontariusze, Sympatycy i inne osoby związane z Waszą organizacją są Wam, jak rodzina. To dla nich działacie, to dla nich staracie się o dofinansowania, to Wasze emocje... Nie! Piszemy sucho: "wnioskodawca zaplanował". Ostatecznie "organizacja może się poszczycić". Nie ma tu miejsca na "mamy to szczęście", "już nie możemy się doczekać", czy "jesteśmy dumni z naszych dokonań". Tu nie ma miejsca na osoby i osobowości. Liczą się fakty, liczby, wskaźniki i statystyki.

Kwalifikowalność wydatków

Z definicji chodzi o to, że "dany wydatek może być uznany za refundowalny (z funduszy unijnych, np.) i jest zgodny z zasadami programu, w którym projekt jest realizowany. Aby wydatek był kwalifikowalny, musi być poniesiony w określonym okresie, zgodny z wytycznymi i niezbędny do realizacji projektu. Koszty, które nie spełniają tych wymogów, są niekwalifikowane."* Problem polega na tym, że trudno znaleźć projekt, który pomoże pokryć faktyczne, rzeczywiste potrzeby fundacji.

Bo proszę Was o chwilę zastanowienia i odpowiedzcie sobie na pytanie: co dla organizacji, która utrzymuje się z darowizn jest w dzisiejszych czasach największym kosztem? I podpowiem, że nie są to wynagrodzenia. Bo często osoby związane z NGO działają na zasadach wolontariatu. Znajdą się ci cudowni szaleńcy, którzy poprowadzą warsztaty za darmo lub za niewielką opłatę. Zatem co? TAK! Zgadliście: największym kosztem jest WYNAJEM LOKALU, dalej też: koszty księgowości, opłaty za media. Tego nikt Wam nie odpuści, nie machnie ręką. I tego też niestety nie pokrywa żaden projekt. Można sobie wpisać te wydatki gdzies tam w budżet, ale z dofinansowania można pokryć je tylko częściowo. Są to ułamki kwot, które miesiąc w miesiąc są rzeczywistym kosztem organizacji. 

Czemu zatem mają służyć te dofinansowania? Wczym wesprzeć, w czym pomóc...? Rozumiem, że te wszystkie procedury, wymagania i tabele mają czemuś służyć – najpewniej temu, by zapobiegać nadużyciom i zapewnić przejrzystość. Tylko… czemu właściwie? Bo kiedy patrzy się na to, co działo się przy okazji jednego z największych programów finansowych, jakim był KPO, trudno oprzeć się wrażeniu, że biurokracja skutecznie utrudnia życie tym, którzy naprawdę chcą coś zrobić i naprawdę potrzebują wsparcia, a nie tym, którzy naprawdę potrafią omijać zasady. To daje do myślenia.

Smaczek na koniec

Oczywiście, że mimo narzekań i godzin spędzonych przed ekranem z bólem w plecach, porażek i odmownych decyzji nadal będę próbować! Chcę, żeby Fundacja Suma Wszystkiego rozwinęła skrzydła i była tym cudownym miejscem dla Was wszystkich, które już żyje w mojej wyobraźni. 

Oczywiście, że będę próbować mimo, że spotkały mnie dość niecodzienne argumenty odmowy. A dziś podzielę się z Wami dwoma z ostnich złożonych projektów, bo to dość ciekawe.

1. Wniosek zakładał dofinansowanie projektów, które realizując swoje cele realizują postanowienia Karty Praw Podstawowych Uni Europejskiej. Kto nie zna - podpowiem bardzo ogólnie, że: Karta jest oficjalnym dokumentem, który stanowi o prawach człowieka. Składa się z sześciu tytułów + postanowienia końcowe i pięćdziesięciu czterech artykułów. Można pobrać i przeczytać. Jeden z oceniających odjął punkty tylko dlatego, że napisany przez nas projekt nie realizuje WSZYSTKICH postanowień Karty. Czy to jest w ogóle możliwe...?

2. We wniosku umieściłam wynagrodzenie dla osoby, która w pierwszym okresie działalności charity shopu miała zarządzać tym miejscem. Do jej zadań należało wdrożenie procedur związanych z działalnością sklepu, kontakty z Darczyńcami itd. Poziom wynagrodzenia (ze względu na wymagania budżetu w projekcie) nie sięgał nawet aktualnej najniższej krajowej. Odjęto nam punkty za to, że wynagrodzenie jest zbyt wysokie, a w odpowiedzi na odwołanie otrzymałam argument, że nie chodzi o samo wynagrodzenie, tylko o to, że zdaniem oceniających osoba ta to nikt inny jak koordynator projektu i koszty wynagrodzenia powinny być ujęte w kosztach pozostałaych, a nie projektowych.

I niech to będzie ostateczne podsumowanie, że na końcu – ponad formularzami, regulaminami i wskaźnikami – stoi jeszcze czynnik ludzki, czyli osoba oceniającego. Każdy z oceniających ma prawo do interpretacji zasad (w granicach regulaminów, oczywiście), a my – do pełnego niezrozumienia tej interpretacji. Oceny zapadają, kropka. Moje emocje nie mają tu znaczenia – są zbyt osobiste, a porażka potrafi uciskać i irytować, jak źle skrojone portki. Cały ten wpis jest oczywiście o zabarwieniu lekko ironicznym, które ma kolor jak kwaśna cytryna. Ale co poradzę – ostatnio piszę tyle wniosków, że co kilka dni łapię się na pytaniu: kto to wymyśla? I kto to, do jasnej anielki, potem czyta?!


*za: funduszeeuropejskie.gov.pl



Copyright © Fundacja Suma wszystkiego , Blogger